I runda 2001 – Miastko

Sprawdzian sprzętu 
Pomysł był prosty: zgromadzić w jednym miejscu i czasie na bardzo trudnych trasach całą polską czołówkę kierowców specjalizujących się w rajdach przeprawowych. Pomysł – pomysłem, ale potrzebna realizacja. Wzięliśmy się zatem ostro do roboty. Problem lokalizacji rajdu rozwiązał się niejako sam. Nasz przyjaciel Wojtek Gołębiowski zaproponował Kaszuby i tak już zostało. Kiedy wytyczenia tras podjął się Andrzej Derengowski, wiedziałem już, że rajd musi się odbyć. Padła propozycja terminu i rozpoczęło się mozolne zbieranie ekip. Dziesiątki, setki telefonów. Mnóstwo papierkowej roboty. Choć potencjalni uczestnicy odnieśli się do naszego pomysłu entuzjastycznie, do końca jednak nie wiedzieliśmy na ile dopisze frekwencja.

W bazie rajdu z niepokojem wypatrywaliśmy kolejnych załóg, przy czym szczęśliwie nasz niepokój stawał się mniejszy z każdą przybyłą ekipą. Serce rosło, gdy na parking jeden za drugim wtaczały się pojazdy: solidnie zmotane Wranglery, Defendery, Patrol GR, Samuraie, GAZ 69, Trooper… Większość zjawiała się ciągnięta na lawetach, choć kilka Land Roverów zajechało o własnych siłach. Na ten widok serce rosło i nie szkoda było poniesionego w przygotowania wysiłku.

Są wszyscy! 
Tak wiec są prawie wszyscy zgłoszeni! Nadchodzi czas odprawy. Wyjaśniamy pokrótce zasady rajdu. Są proste: liczy się czas przejazdu od startu do mety, po drodze należy potwierdzić przejazd na PKP, nie wolno zbaczać z oznakowanej trasy. Poza nielicznymi wytyczonymi taśmami odcinkami, jest szeroko. Na tyle szeroko, że można się wyprzedzać, omijać… Na kołach, na winchu… Jak się da. Andrzej tak wyznaczył trasę, by nikt nie miał do nikogo pretensji o blokowanie na odcinkach.

Start 
Po kolacji formujemy kolumnę i prowadzimy ekipy na start. Już sam dojazd na linię startu dostarcza wrażeń. Niektóre załogi maja kłopot ze sforsowaniem błotnistej dróżki i zajęciem miejsca na podmokłej łące. Powoli zapada zmierzch i klimat staje się niesamowity. W opadającej wieczornej mgle widać długą linię aut. Jest trochę zamieszania, ale sytuacja zostaje opanowana. Gdy już wszyscy są na swoich miejscach, Wojtek – Komandor Rajdu – daje sygnał do startu. Pada strzał i w tym momencie najsilniejsze auta wyrywają do przodu! Widok jest nieprawdopodobny! Ryk silników, krzyżujące się światła reflektorów… Totalny amok! Niestety nie wszystkim udaje się wystartować. Najcięższe auta zrywają warstwę trawy i osiadają na podwoziach. Discovery Niessnera grzebie się na starcie, potężne Volvo „Flinstona” topi się pomimo portalowych mostów i gdyby nie stumetrowa lina i mechaniczna wyciągarka byłby kłopot. Broma ma problem ze swoim Wranglerem. Ci, którym się udało, dopadają ściany lasu i brzegu bagnistego strumienia. Zaczyna się wyścig wyciągarek. Piloci biegają po kolana w grząskiej mazi szukając odpowiednich drzew do zaczepienia liny. Wszystko dzieje się bardzo szybko i pierwsze załogi znikają wśród drzew.

Pierwsza krew 
Kilkaset metrów po starcie w pomarańczowej Suzuce Działka „kończy się” prąd i auto nie odpala. Nieco dalej zaczynają szwankować wyciągarki w Defenderach Reja i Janaszkiewicza. Janaszkiewiczowi wyślizguje się z rąk dźwignia podnośnika i trafia w podbródek, co kończy się poważną kontuzją i utratą przytomności. Na jednej z mokrych przeszkód Wrangler  łapie do skrzyni wodę, a w Jeepie dobrze jadącego Komornickiego wiatrak wentylatora uszkadza chłodnicę, co obydwie załogi wyklucza z rajdu. Stromy podjazd kończy półoś w Hilux-ie ………., zaraz potem posłuszeństwa odmawia wyciągarka. Z wyciągarką ma też kłopoty Patrol Zapiska, ale gdańszczanin nie ma zamiaru się poddać i kontynuuje jazdę wyłącznie z tylny winchem. Trooper Strzelichowskiego posiada tylko przednią, więc po jej awarii musi wycofać się z odcinka. Polowiec zjeżdża z pokrzywionym drążkiem kierowniczym. I tak dalej…

Lizanie ran 
Generalnie straty wśród załóg są olbrzymie. Do końca walczy Zapisek. Słowa uznania należą się „Doktorowi” – bez wyciągarki, za to z bolesnym urazem twarzy walczy do miejsca, gdzie winch staje się niezbędny. Na mecie zjawia się zaledwie sześć załóg. Bardzo szybko kończy trasę Luberda (Jeep Wrangler), ale brakuje mu jednej pieczątki. Bezbłędnie zaliczają odcinek: Kowal (Land Rover), Sawicki (Jeep Wrangler), Wawrzeń (Suzuki SJ) i Gudowski (Jeep Wrangler). To wśród tej czwórki rozegra się walka o pierwsze miejsca w klasyfikacji końcowej. Ale póki co, wszyscy grzecznie zjeżdżają do bazy. Jednak nie wszyscy zajmują się własnymi sprawami. Piotr Kowal z „Socho” oraz Michał Rej i Marek Zaród wracają na początek odcinka, gdzie według ostatnich wiadomości pozostało kilka załóg. Na szczęście większości udało się opuścić feralne miejsce o własnych siłach. W bagnie pozostała jedynie „nieżywa” Suzuki Działka. Dwie godziny ciężkiej pracy i pomarańczowy SJ wraca do żywych.
W bazie technicznej rajdu na terenie pobliskiego leśnictwa złogi liżą rany. Część ludzi śpi, część posila się, jeszcze inni pracują przy autach. Dobrze jeśli trzeba tylko przewinąć poplątana linę wyciągarki, albo oczyścić nieco wnętrze z błota, liści i trawy. Gdy na warsztat wchodzą hamulce (Patrol Zapiska), albo piasta koła (TJ Luberdy) nie jest już tak wesoło. Robota się pali, bo za chwilę start do dziennego odcinka – znacznie dłuższego i nie mniej trudnego niż nocny.

W pełnym słońcu 
Początek dziennego etapu zaczyna znowu start równoczesny. Tyle, że na wyniosłej łące staje znacznie mniej aut niż wieczorem poprzedniego dnia. Dlaczego – wiadomo. Słońce stoi już wysoko i zlewa na maszyny promyki ciepełka. Ruszają ostro. Na czoło wysuwają się najambitniejsi: Gudowski, Wawrzeń, Zapisek… Ten ostatni jako jedyny naciera pełnym impetem na podmokły rów i Patrol przyjmuje to bez słowa sprzeciwu. Kilka załóg wybiera właściwa drogę i również pokonuje przeszkodę. Znaczna część wkleja. Nie ma drzew, więc nie ma tez możliwości podpięcia wyciągarki, ale choć rywalizacja jest ogromna, załogi pomagają sobie wzajemnie. Potem skok przez asfalt i w las.

Buczyna 
Długi odcinek wiedzie wśród drzew wąskim korytem stumyka. Tworzy się jedyna w tym dniu kolejka przed obowiązkowym trawersem. Karkołomna to przeszkoda dla wysokiego Valpa, który dodatkowo pod wpływem pochyłości zaczyna prychać gaźnikiem. Zapisek robi ją tyłem – jest jedynym zawodnikiem, który kontynuuje jazdę bez przedniej wyciągarki! Po trawersie potężne omszałe głazy. Zapisek dosłownie frunie górą – jak ten Patrol to wytrzymuje! Przed Nissanem skutecznie rozprawiaja się z trudnościami Wranglery: Gudowskiego, Sawickiego oraz Luberdy i Polowca. Ci dwaj ścigają się w wąskim jarze. Na pochwałę zasługuje praca Kowala i „Socho” – ich Land Rover przejeżdża po głazach bez użycia wyciągarki, a posiada tylko 31-calowe koła. Technicznie, praktycznie standardową „dziewięćdziesiątką” bierze przeszkody Moliński. Kolejne przeszkody również wykorzystują naturalne ukształtowanie terenu. „Ścieżka dydaktyczna” Andrzeja prowadzi kilka razy wzdłuż i w poprzek wysokich jarów. Nie wiadomo jakim sposobem na dnie jednego z nich GAZ „Żaby” robi na bok. Podczas, gdy czołówka przedziera się przez buczynowy las Zapisek znowu ma kłopoty z wyciąganiem. „Moli” nie ma wyboru i ściąga blokującego drogę Patrola. Mniej więcej w tym samym czasie czołowe załogi walczą na ostatnich kluczowych trudnościach. W błotnistym jarze panują takie warunki, że na dużym spadku auta co krok ratują zbawienne liny wyciągarek.

Torfy i ściany 
Szeroka podmokła łąka i, tuż za nią, gigantyczna ściana płaczu. O ile dla pierwszych aut na dużych szerokich kołach młaka nie stanowi trudności, podjazd okazuje się problemem. Wrangler Luberdy, na pochyłości trudnej do pokonania pieszo, zaczyna objawiać braki oleju w skrzyni biegów. Co to oznacza dla automatu – wiadomo. Chłopaki pękają i dają się wciągnąć na górę i uzupełniają olej. To niestety kosztuje ich taryfę na odcinku. Gdyby cofnęli się do podnóża… A za podjazdem niebezpieczny trawers, gdzie bez przepinanej wciąż na nowo asekuracji nie ma mowy o ujściu z życiem.
Gdy łąka przed ścianą jest już poważnie rozryta zjawia się spóźniony nieco Land Rover Molińskiego i tonie w torfie po uszy. Gdy okazuje się, że pęknięty jest korpus Superwincha, załodze pozostaje oczekiwanie na auto serwisowe. Wcześniej jednak nadjeżdża Volvo Gumowskiego. Napada na błoto ufne w mechaniczną wyciągarkę. Zgodnie z którymś tam Prawem Murphy’ego jej lina blokuje się koło bębna, co oznacza żmudną naprawę. Na horyzoncie widać Patrola Zapiska. Cóż, bez mocnej przedniej wyciągarki, ani torfowe pole, ani „ściana płaczu” nie dadzą się pokonać…

Na finiszu 
Tymczasem na mecie zjawiają się pierwsze załogi. Nie ma ich dużo. Bracia Sawiccy, jak też Wiesiu Gudowski dojeżdżają w doskonałej kondycji. Również po Suzuki Jacka Wawrzenia nie widać poważnych przejść. Pod ostatni długi podjazd wciągają się uśmiechnięci, choć zmęczeni i ubłoceni. Land Rover Piotra Kowala też ma się znakomicie, choć zablokowany napęd wyciągarki dołącza się dźwiękiem pracy przekładni do radosnych odgłosów doładowanego silnika. Na metę wjeżdża też Wrangler Luberdy. Dosłownie sto metrów przez linią mety przeciążony Warn oddaje ostatnie tchnienie i ostatni odcinek Jeep pokonuje wciągany tyłem.

Gdy jest już po wszystkim, można spokojnie pomyśleć. Na dwadzieścia dziewięć aut – tyle stanęło na starcie do OFF-ROAD PL TROPHY 4×4 – obydwa etapy ukończyło… cztery. Zaznaczmy, że na rajd nie przyjechali amatorzy, lecz – przynajmniej na polskie warunki – zawodowcy, uczestnicy najtrudniejszych imprez w Polsce, a nierzadko i zagranicą. W zdecydowanej większości przypadków nieukończenie etapu spowodowane było awarią sprzętu – przede wszystkim wyciągarek. Wniosek nasuwa się jeden – w sportowych zmaganiach w terenie przygotowanie auta ma znaczenie kluczowe, choć trudno zbagatelizować technikę jazdy i odporność na stres, czy zmęczenie.

OFF-ROAD PL – TROPHY 4×4 stało się zatem prawdziwym sprawdzianem sprzętu. To ważne, bowiem kilka startujących załóg przymierzających się do tegorocznego Rainforest Challenge, mogło więc w praktyce ocenić wydolność samochodów i przydatność akcesoriów. Nas organizatorów ucieszyły dwie rzeczy. Po pierwsze, niemal stuprocentowa frekwencja najlepszych polskich kierowców „off-road”. Po drugie, zadowolenie uczestników. Mogę więc spokojnie powiedzieć – warto było przygotować tę imprezę.

Tomasz Konik

W kategorii Poprzednie edycje