II runda 2002 – Miastko

Pokazówka

Ogromne trudności połączone z niespotykaną do tej pory długością trasy. Cudowne urozmaicenie terenu i bezbłędnie sporządzone notatki nawigacyjne. Tak podsumowywali drugą w tym roku eliminację „OFF-ROAD PL – Trophy 4×4” w Miastku jej uczestnicy. Andrzej Derengowski i Wojtek Gołebiowski po raz kolejny udowodnili, że wiedzą o co chodzi w sportowej przeprawówce, zaś wyrównany poziom czołówki uczestników potwierdził wysoką formę polskich kierowców. Pokazowa jazda Piotra Kowala i Mariusza Gwizdowskiego praktycznie zapewniła tej załodze najwyższe miejsce w Pucharze Polski.

Zmyłka prologu

W Kietlicach po raz pierwszy o miejscu startowym w OFF-ROAD PL – Trophy 4×4 zadecydował prolog. Start równoległy, choć bajecznie widowiskowy, niesie ze sobą zbyt duże ryzyko wypadku. W Miastku sytuacja się powtórzyła. W odróżnieniu od mazurskiej eliminacji, prolog w Miastku miał charakter techniczny, a nie szybkościowo-siłowy. Dla większości załóg czasowy trial – taką formułę rozgrywki wstępnej przyjęto – nie stanowił najmniejszego problemu, ale pozwolił na uporządkowanie pozycji startowych. Co przy tym ciekawe, gdy wszyscy zastanawiali się nad pierwszymi miejscami w prologu – Kowal, czy Budner, a może Zapisek – niespodziewanie czołówkę pogodziła załoga Janaszkiewiczów. Dla niektórych łatwy i krótki prolog stanowił poważną zmyłkę. Tak stało się w przypadku Rosjan, którzy zdecydowali się wystawić słabszą mieszana załogę. O tym, jak bardzo się pomylili, mogli przekonać się już na pierwszych kilometrach odcinka nocnego.

Na ostre

No i zaczęło się! Po kilku kilometrach trasy pierwsze trudniejsze „oesy”. Kilkaset metrów rozpiętych taśm dokładnie określa przebieg trasy: głębokich jarów, których dna stanowią błotniste strumyki. Jako pierwsi zjawiają się: Jeep Budnera i Muchyoraz załoga kremowego Land Rovera. Kowal i Gwizdowski. Zostawili konkurentów z tyłu i teraz mają przed sobą nieruszony grunt i pełna szerokość toru. Wrangler Budnera porusza się jednak z trudem – w aucie nie działa jedna z przednich półosi. „Stodziesiątka” jedzie skutecznie i sprawnie, kilka wzniesień udaje się pokonać bez wyciągarki, na kołach. Takiego komfortu nie mają następne załogi. Luberda, Zapisek, Zaleski, Zawadziński, Polak… Robi się tłok. Są miejsca, w których ktoś podpina linę na trzeciego. W Nissanie Zaleskiego problemy w komunikacji z pilotem, u Zapiska jak zwykle braki prądu. Potwór Luberdy prze wytrwale do przodu, Polak i Wierciński walczą ostro. Dość niespodziewanie skromna Suzuki Zawadzińskiego dołącza do czołówki. To tu właśnie ustala się pierwsza czwórka: Kowal, Luberda, Polak, Zawadziński. Mniej więcej w takiej kolejności zjawiają się na następnych odcinkach. Trawersy, zjazdy i podjazdy wśród drzew i pniaków wymagają techniki i doskonałej oceny sytuacji. Kilkaset metrów dalej forsowanie jaru i problem – sznurek zwisa luźno bez pieczątki „pekapu”. W tradycyjny sposób w Land Roverze Land Serwisu pada przegub napędowy. Z naprawą nie ma problemu, ale jest strata do Luberdy.

Kolejny piękny odcinek. Stromy trawers, a za nim pionowa ściana zjazdu – tzw. pale, gdyż jedyne miejsce podpięcia liny, to zakopane w ziemi drewniane drągi. Kowal zjawia się tu tuż za Luberdą, ale odstawia numer, o którym od tej pory głośno: zjeżdża z urwiska bez asekuracji zatrzymując się w połowie drogi po pieczątkę niczym autobus na przystanku. Dale walka z młaką i kolejne trudności. Jeden z ostatnich przed strefą dzielącą odcinek nocny i dzienny. Na środku polany LKT i jego zbawcza lina. Przy haku pieczątka. Rankiem ostatni w tym miejscu walczy Wojtek Polowiec i Adrian Kuś. Stracili kilka godzin wymieniając w nocy zniszczoną wiatrakiem chłodnicę. Ale kończą i zjawiają się na strefie. Straty w sprzęcie są duże. Dla niektórych oznaczają koniec jazdy. Darek Pol spalił doszczętnie sprzęgło w swojej Toyocie i wycofuje się z rywalizacji. Markowi Budnerowi natomiast udaje się jakoś dojść do porządku z przednim mostem i jedzie dalej. W pewien sposób strefa stanowi dla wielu jedyny ratunek. Czas stop – można naprawiać i odpoczywać.

Dobijanie sprzętu

Ale to dopiero połowa zabawy – pierwsze pięćdziesiąt kilometrów. Kolejne pięćdziesiąt i kilkanaście „pekapów” czeka… W strefie trochę zamieszania, bo nikt nie spodziewał się takiego tempa czołówki. Pierwsi na trasę ruszają Kowal i Luberda. Jeżeli nic poważnego im się nie przydarzy będą walczyć o pierwsze miejsce. Ale to teoria, bowiem Jeep Polaka i Suzuki Zawadzińskiego są tuż tuż. W takiej sytuacji nie można pozwolić sobie na opuszczenie żadnej pieczątki PKP. A te umieszczone są zacnie. Kilkaset metrów bagna wśród pni pozostałych po wyrębie, brody przy starej elektrowni i głazy rzeki „od-Bytowej”. Potem ściana winchu dla tych, którym amok każe patrzeć tylko na wprost i „Dolina Czterech Pieczęci”. Wszystkie te szykany, no może z wyłączeniem winchowiska, preferują ciężkie auta na dużych gumach. Land Rover Kowala, a przede wszystkim Wrangler Luberdy na 38-calowych Interco i portalowych mostach – brną zdecydowanie do przodu. Znacznie więcej problemów ma Suzuki Zawadzińskiego i Strzelichowskiego. Niespełna 30-calowe koła są odpowiedzialne za niebezpieczny kontakt głazów i kamieni z podwoziem. Stresująco działa też brak pieczątek – w kilku miejscach ktoś „życzliwy” pozostawia sam sznurek. Nadzwyczaj przestrzennie prezentuje się dolina – trzeba ostro zadrzeć głowę do góry i trochę nią poobracać, by namierzyć niebieskie oznaczenia „pekapów”. Dwa wydają się osiągalne bez użycia wyciągarki, ale wyłącznie dla samochodów z mocnymi benzynowymi silnikami. W tym miejscu wiele załóg ma już solidnie dość. Część z nich jedzie już tylko, żeby dotrzeć do mety opuszczając trudniejsze próby. Inni pomimo świadomości taryfy walczą z terenem. Podczas gdy środek stawki walczy na trasie Kowal i Gwizdowski popijają piwo. Z kompletem pieczątek osiągają metę w doskonałym czasie. Niespełna jedenaście godzin zajęło im pokonanie stu kilometrów ciężkiego terenu. Półtorej godziny po kremowym Land Roverze na mecie zjawia się czerwony Wrangler Luberdy i Polaka. Tak poważna strata to przede wszystkim efekt awarii wyciągarki. Nagrodzony zostaje też upór dzielnej załogi Suzuki. Janusz Zawadziński i Mariusz Strzelichowski przekraczają linię mety po prawie szesnastu godzinach ciężkiej pracy. Kończą jednak aż z dwugodzinną przewagą nad Wranglerem Adama Polaka i Piotra Wiercińskiego. Po nich z kompletem pieczątek meldują się jeszcze cztery załogi – jako ostatni, dosłownie dwie minuty przed zamknięciem mety, zjawiają się Wojtek Polowiec z Adrianem Kusiem.

Chłopaki nie płaczą!

To był bardzo trudny rajd. Dla wielu załóg, a przede wszystkim ich pojazdów być może zbyt trudny. Na trasie liczyły się bowiem nie tylko wytrzymałość i zgranie załogi, czy umiejętności jazdy w terenie, ale i przygotowanie oraz znajomość możliwości samochodu i osprzętu. Nie bez znaczenia były także umiejętności warsztatowe uczestników – awarie zdarzały się nawet najlepszym.

Bardzo miłym zaskoczeniem stały się trzy pierwsze miejsca. Długi Land Rover Kowala i Gwizdowskiego, za nim Wrangler Luberdy i Polaka, a na trzecim miejscu niemal standardowa Suzuki z jedną tylko wyciągarką Zawadzińskiego i Strzelichowskiego. O ile pierwsze dwie załogi należały do zdecydowanego grona faworytów, to trzecie miejsce stanowiło nie lada zaskoczenie. Po raz pierwszy gościliśmy też na pucharowych zmaganiach załogę rosyjską. Dobrze przygotowany UAZ przybył aż z Czelabińska i zakończył zmagania na całkiem dobrym dziesiątym miejscu. Nie wszystkim poszło na miarę oczekiwań. Zmęczony sprzęt zawiódł ubiegłorocznych triumfatorów Miastka – Jacka Wawrzenia i Pawła Przybyłowskiego. Wspomniana już awaria sprzęgła wyeliminowała Darka Pola i Tomasza Zagórskiego, a honor Toyoty obronili Ryszard Węgrzyn i Roman Ostapiuk (6. miejsce). Nieco gorzej powiodło się Nissanom – najlepszymi dla tej marki okazali się Darek Zapisek i Piotr Morawczyński (9. miejsce).

Tomasz Konik

W kategorii Poprzednie edycje Tagi: , , , , .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.